Nienawiść zniszczyć w sobie...

          Wycieczki zmieniają. Szczególnie te krajoznawcze: poszerzają horyzonty myślowe, uczulają na piękno natury, krajobrazu, sztuki... Każda eskapada potrafi chociaż delikatnie zmienić światopogląd. Nawet siedzenie do trzeciej, przetrzymując kolegę w pokoju, bo panicznie boisz się zasnąć w "zieloną noc". Wycieczki są super, nawet, jeśli zapowiadają się tragicznie, jak "Krew na śniegu" Jo Nesbo.




         Kazimierz Dolny, Sandomierz, pokój nr 11 i autobus z zrzędliwym kierowcą, który albo rzuca palenie, albo ma kłopoty z żoną oraz pilotka, która komentuje wszystko co widzi za szybą, niezależnie od tego, czy jest to zwykły płot, czy potężny zamek. Tym samym zmusza mnie, by słuchać muzyki na cały regulator, aż strach o moje bębenki i inne ślimaki w uszach. Po prostu świetnie.

I d e a l n i e.

          Nie dosyć, że jestem niewyspana jak Stephen King przy pisaniu pierwszej lepszej powieści przez noce to jeszcze na tyłach urządzane są randki z obstawą, pierwszaki śpiewają totalny bullshit i nie wiadomo już, co robić. Muzyka nie pomaga, kończą się fajne utwory i zostaję w ostateczności przy Modern Talking, na którego wcale nie mam ochoty. I tak przez pierwsze 350(?) kilometrów.



          Następnie wysiedliśmy, żeby pozwiedzać ruiny zamku. Ni to ciekawe, ni to nudne. Szłam, słuchając jednej z lepszych polskich piosenek i idąc w dali (ten system został mi przez resztę wycieczki). Ruiny jak ruiny, historia, jak historia, a ja taki gruz potrafię sprzedać na kilogramy u siebie w Wielkopolsce. Trudno, przeboleję, później zasnę.

         Po pierwszym przystanku od czasu zwiedzania ruin postanowiłam, że nie będę siedzieć sama. Odliczałam wszystkich chłopaków, dziewczyny, które wsiadają do autobusu. Metodą wyliczanki (trafioną) trafiłam na chłopaka, który jechał ze mną rok temu do Poznania, rozmawiało nam się miło tam, więc miło było w drodze do Sandomierza (i przez następne cztery dni). 

       
 Zwiedzanie Sandomierza. Matko kochana. Drogi czytelniku z Sandomierza: WASZE KOZIE SCHODY TO KATORGA. Przynajmniej dla mnie, moich poharatanych kolan i słabej kondycji, powodzenia we wchodzeniu tam. Pozdrówcie Ojca Mateusza, którego nie widziałam. Olał mnie. Tym bardziej znienawidziłam kler. Nie wspominając o tym, że żaden ksiądz nie odpowiedział mi na "szczęść Boże". Oto kultura.

          A teraz wybacz, czytelniku z Sandomierza, nadchodzi lista zażaleń do czytelnika z Kazimierza Dolnego. W sumie...
Żadnych zastrzeżeń, ale cholery Wy jedne, macie więcej schodów, niż Sandomierzanie. Rekompensujecie zaś piękną architekturą. Spokojnie, wrócę tam, nie ma bata!


        Poza tym, jeżeli ów następny raz nastąpi, wezmę pożyczkę, poważnie. Ja, jak i reszta moich towarzyszy. Obrazy okolicznych (lub też nie) artystów powalają na kolana. Mówiąc szczerze - niby wielu ciekawych rzeczy tam nie macie, ale to jest kwestia patrzenia i dobrego oka. Szczególnie dobre są napisy na ścianach lub "ławeczka miłości". (Swoją drogą, potrzebna by nam była w autobusie na tyłach...)


        A największy (dozgonny) szacunek ma u mnie autor napisu na jednej z kamienic. Stary (o ile wiesz o moim istnieniu), pożycz mi ten szablon; będzie wszędzie w Lubaszu.


          N i e   p r z e d ł u ż a j ą c...
(Przedłużę, wiem, że mnie kochacie.) 
To, co przedstawiam na zdjęciach tutaj, to dosłownie namiastka tego, co działo się przez te cztery dni. W niektórych pokojach słuchało się gówna, w innych był niezły burdel, u mnie zaś w jedenastce (również był burdel, czegoście się spodziewali...) nawiązałam lepsze relacje z rówieśnikami, świetne znajomości, które zenit (można by rzec) miały na wycieczce, ale rozwijają się prężnie nadal. 

         N i e   p r z e d ł u ż a j ą c... 
(Teraz serio!)
Każdemu polecam Sandomierz i Kazimierz Dolny, mimo tego, że istnieje ogólna teoria, że tam nic nie ma. Jest. I właśnie czeka na was.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© grabarz from WS | XX.